*/ ?>
KOLEJOWY.
  • Polish (Poland)
  • English (United Kingdom)
Historia Bernarda Lichtensteina

Jedyne, czego żałuję, to że NIE JA WYMYŚLIŁEM JEANSY
Yves Saint Laurent

Jest rok 1937. Bernard Lichtenstein stawia pierwszy krok na amerykańskiej ziemi. Opuszcza pokład łodzi, która przewozi imigrantów z doków nowojorskiego portu na wyspę Ellis Island. Jak tysiące innych, marzy o Ameryce i nowym życiu. Czterdziestotrzyletni żydowski krawiec z rodziną przemierzył ocean pod pokładem transatlantyku SS Kościuszko. Stłoczony wśród innych pasażerów, w większości ubogich Żydów, którzy sprzedawali dobytek, by zdobyć bilet na podróż.

Nowy Świat nie wita już imigrantów z szeroko otwartymi ramionami. Po latach Wielkiego Kryzysu, bezrobocia i inflacji, ekonomiczny „Nowy Ład” zaprowadzony przez prezydenta Roosevelta jest nadal kruchy. Każdy przybysz musi przejść skomplikowaną procedurę i odpowiedzieć na wiele pytań. Amerykanie boją się chorób, a także komunistycznych i niemieckich agentów, dlatego dokładnie badają przyjezdnych, a to sprawia, że pasażerowie drżą, czy zostaną przyjęci. Czekanie jest najtrudniejsze, ale wreszcie urzędnik ogłasza, kto może jechać dalej. Bernard z rodziną schodzi na amerykański ląd. Ani Bernard, ani tym bardziej jego żona Róża oraz córki Sara i Miriam – dorosły syn noszący to samo imię, co ojciec, został w Polsce – nie umieją sklecić zdania po angielsku. Na Manhattanie mogą liczyć tylko na siebie. W tych trudnych latach na nabrzeżu nie czeka już na pasażerów, tak jak kiedyś, tłum naganiaczy z ofertami pracy. Niektórych przybyszów wyglądają rodziny: żydowskie, polskie, rosyjskie – wschodnie języki mieszają się jak na targu w Lublinie czy Otwocku. Przez krótką chwilę na obczyźnie można poczuć się jak w domu i zdobyć bezcenne informacje. Wystarczy uważnie słuchać. Bernard podczas podróży zaobserwował, którzy pasażerowie, tak jak on, wieźli ze sobą, oprócz waliz i tobołków, przenośne maszyny do szycia. Teraz słyszy w ich rozmowach powtarzające się słowo: Filadelfia. Tam popyt na krawców jest największy. Zaledwie 200 kilometrów na południe, a dostać można się tam kilka lat wcześniej zelektryfikowaną koleją.

W pociągu przecinającym rzekę Delaware Bernard wreszcie czuje, że jest w Ameryce, o której marzył tyle lat. Wydaje mu się, że lepsze jutro jest na wyciągnięcie ręki. Opuszczając Łódź powiedział sobie, że nie będzie się oszczędzał i do czegoś dojdzie, tak jak wielu szczęśliwców przed nim. Teraz mocno wierzy, że zmierza w dobrym kierunku. Myśli o rodzinnym domu przy ulicy Krótkiej na Bałutach, gdzie w 1894 roku przyszedł na świat. Rodzina krawca Izaaka Lichtensteina nie należała do zamożnych, ale narodziny pierworodnego Bernarda ojciec traktuje jako oznakę łaskawości niebios. W ciasnym mieszkaniu sąsiadującym z pokoikiem, w którym krawiec przyjmuje klientów zwlekających z zapłaceniem należności, rodzą się jeszcze trzy siostry Bernarda. Łódź to wielkie miasto, ale dopiero od kilku lat jest tu elektryczność, nie jeżdżą jeszcze tramwaje.

Bernard od dziecka pomaga ojcu i poznaje fach. W Szkole Rzemiosł Talmud Tora przy ul. Średniej z podobnymi do niego chłopcami z biednych żydowskich domów uczy się tkactwa i mechaniki. Sprawność w posługiwaniu się igłą osiąga w tym samym czasie co umiejętność czytania i pisania hebrajskich liter. Ojciec z każdym rokiem coraz gorzej widzi, lata pracy przy lampie naftowej nie pozwalają prowadzić dalej warsztatu, więc Bernard przejmuje zakład, by utrzymać rodzinę. Jest już mistrzem krawiectwa, ale wie, że sprawne ręce nie wystarczą, by zarobić na życie. Kupuje drogą szwajcarską maszynę do szycia firmy Bernina – jej nazwa brzmi jak imię z dalekiego, lepszego świata. Maszyna pracuje z prędkością stu wkłuć nici na minutę, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Za oknami warsztatu wiele się zmienia. Polska odzyskuje niepodległość, Łodzią nie rządzą już carscy urzędnicy, po latach powojennego zastoju w interesach „ziemia obiecana” próbuje się odrodzić. Bernard żeni się z Różą, zostaje ojcem i ze zmiennym szczęściem prowadzi swój zakład. Dzięki maszynie jest w stanie pracować szybciej, ale zdarza się, że biedni bałuciarze nie zaglądają do niego tygodniami – z braku pieniędzy wolą chodzić w połatanych spodniach i płaszczach niż wydać parę groszy na nowe ubranie. Tygodnie bez obstalunków wpędzają Bernarda w długi, które udaje się spłacić, gdy przybywa klientów. Na ulicach widuje się automobile, obrotni przedsiębiorcy budują pałace. Bernard, jak miliony bezimiennych, żyje z dnia na dzień, a fortuna raz się uśmiecha, raz odwraca twarz. Od jemu podobnych wyróżnia go zamiłowanie do czytania innych lektur niż święte księgi. W latach szkolnych przyklejając nos do szyby księgarni Gebethnera i Wolffa patrzył na okładki powieści Karola Maya z wizerunkami Indian. Za grosze kupił na rynku kolejne tomy przygód Old Shatterhanda i Winnetou i pochłaniał je z wypiekami na twarzy. Teraz książki czyta jego syn i, tak jak dawniej Bernard, marzy o awanturniczym życiu westmana, beztroskiej pracy kowboja i dalekim świecie, w którym człowiek czuje się wolny i szczęśliwy. Na Purim, wiosenny żydowski karnawał, Bernard szyje dla Dawida strój kowbojski, z beżowego płótna udającego płową skórę kroi kamizelkę, przypominającą ubranie powieściowych bohaterów. Krewni podkpiwają z dziwactwa Bernarda, ale wniebowzięta mina synka jest więcej warta niż kilka kąśliwych uwag sióstr i teściowej.

Sąsiedzi Lichtensteinów wyjeżdżają z Łodzi – jedni do Palestyny, inni do Stanów Zjednoczonych. Wielki kryzys dla rzemieślników oznacza nędzę, a antyżydowskie hasła na murach i coraz bardziej ponure wiadomości z Niemiec nie wróżą dobrze na przyszłość. W krótkim czasie umiera ojciec, a potem matka Bernarda. Teraz on jest głową rodu, a w pracy pomaga mu dorastający syn, jak dwadzieścia lat temu on pomagał tracącemu wzrok ojcu. Ale Bernard chciałby odmienić los. Bezkresne prerie, ukryte w górach złoto – to jego „ziemia obiecana”. Jest biegłym w swojej sztuce krawcem, nie boi się trudów, czyli za oceanem może liczyć na więcej niż w rodzinnych stronach. Amerykański sen nie daje mu spokoju, więc namawia żonę, by postawić wszystko na jedną kartę. Bernard sprzedaje zakład zamożniejszemu krawcowi Seidemannowi, który uparcie twierdzi, że nigdzie się z Łodzi nie ruszy. Zdobywa ponad 5000 złotych – ówczesną równowartość 1000 dolarów. Spłaca długi, trochę gotówki dostaje za sprzęty i meble. Część nieruchomości powierza synowi, który niedawno się ożenił. W drogę, oprócz osobistych rzeczy, Bernard zabiera przenośną maszynę do szycia, która w Ameryce ma dać mu niezależność i pieniądze.

Rejs transatlantykiem linii Gdynia Ameryka Line trwa osiem dni. Stawiając stopy na amerykańskiej ziemi Bernard decyduje, że odtąd będzie używać imienia Ben. Żeby było prościej. W Ameryce wszystko ma być łatwiejsze.

Filadelfia, dawna stolica Stanów Zjednoczonych, przypomina Łódź, bo to największy ośrodek przemysłu tekstylnego w Ameryce. Ale są i różnice, jak zasłaniające niebo drapacze chmur, z których jeden – miejski ratusz – był w latach 1901-1908 najwyższym budynkiem na świecie. Filadelfijska bieda też wygląda inaczej. Skromna dzielnica, w której Bernard wynajmuje pokój, to inny świat niż Bałuty. Dzieci nie biegają boso, dorośli nie noszą łachmanów, ulicami nie płynie rynsztok. Filadelfia, centrum handlu i biznesu, wyrosła na protestanckim kulcie pracy, ale tradycyjna kultura Dzikiego Zachodu jest tutaj traktowana jak folklor.

Bernard otwiera niewielki sklep z pracownią krawiecką, w której pomagają mu córki. Wysłużona Bernina bardzo się przydaje, choć pierwsze miesiące to niepewność oraz wysiłki, by nauczyć się języka bez niczyjej pomocy. Łódzki krawiec szyje spodnie, koszule, płaszcze.

Szczęście uśmiechnęło się do Bena niespełna rok po przyjeździe do Ameryki. Do jego sklepu wszedł impresario objazdowego rodeo show, w poszukiwaniu materiałów w żywych kolorach. Cała kowbojska garderoba potrzebna do występów przepadła, bo w wypadku spłonął przewożący ją samochód. Ben na słowo „kowboje” czuje szybsze bicie serca. Przypominają mu się godziny spędzone nad powieściami o zdobywaniu Dzikiego Zachodu, marzenia, by stać się częścią tego świata. Daleką od doskonałości angielszczyzną, posługując się uniwersalnymi słowami znanymi z książek, dochodzi z Amerykaninem do porozumienia. – Do jutra uszyję dziesięć koszul z denimu. Wiem, jak to się robi. Mam doświadczenie – zapewnia.

Menedżer się zgadza, a Ben w sąsiednich sklepikach wyszukuje potrzebne mu tkaniny. Pomocne okazują się książki z młodości. Krawiec spędza całą noc na szyciu, a rano wszystko jest gotowe. Impresario uśmiecha się z zadowolenia, gdy widzi koszule jak należy: kolorowe, z lamówkami, kieszeniami i zakładkami. Coś się jednak nie zgadza, szczegół odróżnia je od tradycyjnych koszul. Zatrzaski! Na pytanie „co to jest?” Bernard odpowiada: – Czytałem w gazetach o kowbojach, którzy przez zwykłe guziki tracili życie, kiedy trafiali na rogi byka. Jeśli guzik nie puści, zadziała jak szubienica. Zatrzask jest lepszym rozwiązaniem.

Amerykanin płaci za dobrze wykonane zlecenie. I nie ukrywa przed innymi, kto uszył dla niego ubrania. Klientów przybywa, dbałość o szczegóły przynosi krawcowi uznanie. Niedługo potem Ben dostaje kolejną propozycję – by ją przyjąć, musi po raz pierwszy wyjechać na upragniony Zachód. W Kansas City bogaty ranczer, zadowolony z koszul z denimu kupionych w Filadelfii, poleca go przyjaciołom. I tak podróże do klientów stają się Bena chlebem powszednim. Wreszcie zarabia naprawdę niezłe pieniądze. Ameryka rzeczywiście oferuje wszystko to, czego nie mógł spodziewać się w Europie. Jego sklep na Wschodnim Wybrzeżu to ulubione miejsce miłośników pokazów rodeo z Kolorado, Teksasu, Kalifornii. Teraz szyld na sklepie, który Żyd z Łodzi wreszcie mógł nabyć na własność, głosi: „Rodeo Ben’s the East’s Most Western Shop” – „Sklep Rodeo Bena – Najbardziej zachodni na Wschodzie”.

W jego sklepie ubierają się gwiazdy popularnej kultury westernowej. Pojawia się tu Gene Autry – piosenkarz, który poza zamiłowaniem do muzyki country dał się poznać jako pierwszy wykonawca bożonarodzeniowych szlagierów „Frosty the Snowman” i „Rudolph the Red-Nosed Reindeer”. W 1945 roku lżejszy o 20 kilogramów Autry wychodzi do cywila z armii amerykańskiej. Odwiedza sklep Rodeo Bena i składa propozycję: – Wynajmuję cię na kilka miesięcy. Uszyj mi nową garderobę.



Do grona stałych klientów należy także Roy Rodgers – aktor ucieleśniający archetyp kowboja. Ben ma taką renomę, że co roku może ustawić stoisko w nowojorskim hotelu Belvedere z okazji pokazów rodeo w Madison Square Garden. Tutaj zjeżdżają kowboje i kowbojki z całego Zachodu, by pokazać „stolicy Wschodu” prawdziwie amerykańską kulturę. Wiejski folklor ucieleśnia ducha prawdziwej Ameryki: krainy wolności i śmiałości w ujarzmianiu nieprzyjaznej przyrody. Rodeo – sport wyrosły z tradycji kowbojskiej, obejmujący takie konkurencje jak łapanie cieląt na lasso, ujeżdżanie dzikich koni, dosiadanie byków – dostarcza silnych emocji. Ryzykowne wyczyny wymagają odpowiedniego przyodziewku, nie tylko atrakcyjnego, ale też wygodnego, nie krępującego ruchów. I wytrzymałego. Powszechnie używane przez kowbojów zwyczajne jeansy nie wytrzymują konfrontacji z siłą zwierząt. Jest zapotrzebowanie – jest i pomysł. Firma Blue Bell wiedząc o sławie, jaką cieszy się Ben wśród kowbojów, zwraca się do niego. O tym, że już wtedy krawiec miał pozycję podobną do szacunku okazywanego dziś kreatorom mody, świadczy to, że Blue Bell do współpracy z nim zaprasza największe gwiazdy rodeo: Jima Shouldersa, nazywanego „Babe’m Ruth’em Rodeo” (od nazwiska najsłynniejszego baseballisty wszech czasów) oraz nie mniej sławnych Frecklesa Browna i Billa Lindermana.



Kowboje sprawdzają każdą wersję spodni podczas szalonych pojedynków z nieokiełznanymi zwierzętami. Ben, perfekcjonista jeśli chodzi o westernowy styl, kontynuuje poszukiwania. Wreszcie trzynasta wersja spodni okazuje się idealna! Pięć kieszeni, proste nogawki, przesunięta kieszonka na zegarek, podwójny szew – to nowości w świecie spodni z jeansowej bawełny. Spodnie 13 MWZ (13 tries, man’s western zipper) to także pierwsze jeansy zapinane na suwak, a nie na guziki. Po zasięgnięciu opinii wszystkich pracowników Blue Bell wybrano dla spodni nazwę Wrangler – synonim kowboja.

Rodeo Ben, gwiazda krawiectwa amerykańskiego, umiera w swojej nowej ojczyźnie w 1979 roku. Pochowano go w białym garniturze w stylu teksańskim. Spodnie, które wymyślił dla uczestników rodeo, znamy wszyscy. Na całym świecie są symbolem wolności, zachodniego luzu, najpopularniejszym strojem na nieoficjalne okazje, ikoną młodzieżowej kultury i mody sygnowanej przez najsłynniejsze nazwiska projektantów. Krawiec z Łodzi stał się częścią amerykańskiej kultury masowej, a jego wizerunek wraz z podobiznami pięciu mistrzów rodeo był drukowany na papierowej wkładce, którą fabrycznie przyczepiano do tylnej kieszeni każdej pary nowych wranglerów. Czy można wyśnić bardziej amerykański happy end?

KOSTEK LICHTENSTEIN

PS: Osoby, które cokolwiek wiedzą o zapiskach Bena Lichtensteina, proszę o kontakt ( Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ). Według tradycji rodzinnej ostatnią osobą, która widziała arkusze zapisane w jidysz, był wuj Bernard Junior, który nigdy nie dołączył do rodziny za Oceanem

 

Podziel się
 


EC1 DZIENNIK KOLEJOWY

KWIECIEŃ-MAJ 2010
NUMER 211



LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
NUMER 291