*/ ?>
KOLEJOWY.
  • Polish (Poland)
  • English (United Kingdom)
Miasto 4 ulic

Miasto tak często i chętnie podkreślające swoją wielokulturową przeszłość, które zdecydowało się zmienić swój środek, nie powinno tych dwóch kwestii rozdzielać. Poza wszystkim jest to też sprawa skromności, czy braku zadufania we własne znaczenie. To, że akurat my jesteśmy dziś mieszkańcami Łodzi nie znaczy, że jest to najlepszy z punktu widzenia historii i rozwoju tego miasta moment. Bez specjalnego trudu można wyobrazić sobie, że ci których tu dziś z różnych powodów nie ma, byliby w stanie zrobić wokół siebie więcej, ciekawiej i lepiej niż my.

W Europie architektura od bardzo dawna służy do pamiętania. Jest używana do wyrażania tego, co fachowo określa się jako funkcję kommemoratywną. Przejęła tę funkcję od rzeźby, która długo miała wyłączność na „upamiętnianie” – przedstawianie historii w przestrzeni publicznej, w przestrzeni miast. Dziś wszędzie powstają różnego rodzaju obiekty, najczęściej określane jako rozmaite odmiany muzeum, które w przeróżny sposób modernizowane, wzbogacane o nowe technologie zaspakajania ciekawości, usiłują konkurować o uwagę publiczności z innymi atrakcyjnymi miejscami i instytucjami na globalnym rynku kultury. Niewykluczone, że to stałe balansowanie muzeów, zwłaszcza tych lokalnych, na granicy zauważalności w strumieniu informacji niesionym przez massmedia, wynika z samej natury pamięci historycznej. Z tego, że nie sposób gromadzić, zarządzać i udostępniać pamięci wspólnej. Jedyne co można, to odwołując się do emocji inscenizować jej rzekomą obecność.Taką drogę wybrało wiele instytucji powołanych do gromadzenia świadectw przeszłości, w Polsce choćby Muzeum Powstania Warszawskiego. Im większy krąg osób, których ta pamięć ma dotyczyć, tym trudniej się z nią identyfikować. Najżywsze, najważniejsze są nasze wspomnienia jednostkowe, odnoszące się do najbliższych, rodziny, lokalnej wspólnoty, w końcu państwa narodowego. Trudno mówić o wspólnej pamięci w skali globu. W „zglobalizowanym” świecie powszechnych standardów to właśnie pamięć pozostaje czynnikiem różnicującym, wciąż bardziej dzielącym niż łączącym. Odrębną kategorią, zazwyczaj lepiej funkcjonującą niż muzea historyczne, są muzea sztuki. Pewnie dlatego, że sztuka jest postrzegana bardziej jako pozaczasowa świetność – celebrity, niż jako nośnik pamięci.




Istotą projektu nowego centrum w okolicy dzisiejszego dworca Łódź Fabryczna nie jest chęć upamiętniania historii miasta za pomocą architektury. Nie chcemy budować żadnych pomników kulturom i nacjom, które żyły w Łodzi. Taki projekt byłby skazany na porażkę. Wystarczy uświadomić sobie dwuznaczność słowa pomnik. Miejsce pomników jest na cmentarzu. Miejsce gdzie jest dużo pomników, nigdy nie będzie miejscem żywym. Pomniki, niezależnie od intencji, zawsze z czasem stają się zarodnikiem martwoty, ośrodkiem petryfikacji, znakiem zdrętwienia. Naocznie można się przekonać o tym, lawirując pomiędzy szybko rosnącą kolekcją pomników na pustoszejącej ulicy Piotrkowskiej. Nie chcemy budować takiej przestrzeni w środku miasta. Nie chcemy wskrzeszać cieni minionych kultur. Chcemy po prostu przy pomocy architektury, w sposób najzupełniej naturalny i zdroworozsądkowy – zgodny z charakterem tego miasta – odzyskać czas utracony. Istota tego projektu sprowadza się do powtórzenia raz jeszcze przez Miasto tych samych czynności, jakie doprowadziły do jego rozwoju, z takim samym – jesteśmy tego pewni – skutkiem.

Kto powiedział, że miasta nie mogą zaczynać jeszcze raz na nowo swoich przerwanych przez – nienajlepszą w tej części Europy – Wielką Historię małych historii. Historia Łodzi w ciągu ostatniej dekady spopularyzowała się w formie wymyślonej przez Witolda Knychalskiego jako „dialog czterech kultur”. Nie ma powodu by to zmieniać. Przetoczyły się już i wygasły polemiki wokół historycznej adekwatności takiej konstrukcji. Padły argumenty zwolenników tezy, o wyższości Triady (kultury polskiej, żydowskiej i niemieckiej) nad historycznie niezbyt mocno uzasadnioną formą czworokąta kultur. W Europie, coraz bardziej zanurzającej się w melanżu multi-kulti, wielokulturowość postrzega się raczej jako zaletę, ekwiwalent bogactwa. Na dość szarym tle kraju niemal jednolitego etnicznie, cztery kultury to prawie feeria egzotyki. W końcu, z interesującego nas punktu widzenia architektury i urbanistyki, czworobok wydaje się figurą najbardziej oczywistą ze wszystkich. Pozostaje tylko problem zamiany tego co abstrakcyjne na realne. Cztery kultury to abstrakcja, cztery ulice to konkret. Dlaczego Miasto nie miałoby wymienić pamięci o czterech kulturach na cztery ulice? Z punktu widzenia urbanistyki i socjologii ulica to kultura, żywa kultura. Żywa kultura to dobra kultura. I na tym polega korzyść z tej wymiany. Gdyby udało się stworzyć przecinające się ze sobą ul. Niemiecką, ul. Ruską, ul. Żydowską i – dajmy na to – ul. Łódzką, lub Polską (ile dylematów, ile dyskusji, która obok której, która przeciw której!). Dlaczego korzystając z prawa gospodarza, Miasto nie może raz jeszcze zaprosić przedstawicieli tych kultur do powrotu? Do tego, by raz jeszcze – jak w 1821, kiedy na określonych przez miasto warunkach wytyczano zarysy nowej osady przemysłowej – spróbowali wrócić do Łodzi. Z tą zasadniczą różnicą, że tym razem nie jest to oferta adresowana wyłącznie do sukienników, a wspomniane wyżej cztery ulice powinny stać się szkieletem osady nie przemysłowej, a raczej kulturowej. Biorąc pod uwagę, w jakim stopniu środek ciężkości życia gospodarczego przeniósł się z produkcji przemysłowej w stronę usług i tego co nazywa się przemysłem kulturowym, taka decyzja wydaje się równie pragmatyczna jak ta, od której zaczął się rozwój miasta w XIX wieku. Dlaczego nie miałoby powstać w Łodzi nigdy nieistniejące wielokulturowe „nowe Stare Miasto” z ulicami, przy których znajdowałyby się trudne teraz do określenia budynki. Warunkiem podstawowym byłoby wybudowanie na wyznaczonej przez Miasto parceli, w wyznaczonym czasie czegoś, co miałoby „żywy” charakter, dobrze funkcjonowało w codziennej strukturze miasta i „przy okazji” podnosiło prestiż Łodzi.

Osadnicy napływający do Łodzi w latach dwudziestych XIX wieku, w zamian za wieczyste użytkowanie wytyczonej działki, zobowiązywali się w ciągu dwu lat „wystawić dom według Rysunku Normalnego przez JW. Radcę Stanu Prezesa Kommissyi Województwa mazowieckiego zatwierdzonego pod utratą prawa do placu (…)”. Dom taki mieścił też zazwyczaj warsztat pracy, dający zysk jego właścicielowi. Ta korzystna dla obydwu stron umowy procedura wydaje się tak naturalna, że szkoda cokolwiek poza drobiazgami zmieniać. Wydawałoby się, że jej powtórzenie po dwustu latach jest niemożliwe, ale Łódź, po przeniesieniu dworca Fabrycznego pod ziemię odzyska kilkadziesiąt pustych hektarów w samym środku siebie. Taki dziewiczy teren to urbanistyczny wehikuł czasu, pozwalający niemal dosłownie powtórzyć sprawdzoną receptę na rozbudowę Miasta. Kiedy steruje się czymś dużym, na przykład ponad 700 tysięczną społecznością, trzeba unikać skrajnych posunięć. Z jednej strony taką skrajnością byłoby pozostawienie zagospodarowania tego pustego obszaru wyłącznie „niewidzialnej ręce” rynku, co skończyłoby się zapełnieniem go przez kolejne galerie handlowe. Z drugiej strony, żadne miasto nie może sobie pozwolić na przeznaczenie swojego środka wyłącznie na ceremonialne, rocznicowe, festiwalowe świętowanie. Takie wydarzenia, inscenizowane coraz bardziej na potrzeby przekazu medialnego przez tłumy entuzjastycznych wolontariuszy i lekko zdezorientowanych gości, są ważne, ale nie mogą być główną tkanką życia miasta. Ten kwartał można sobie wyobrazić z jednej strony odwołując się do idei pawilonów narodowych na Biennale Weneckim, z drugiej do dzielnicy „przedstawicielstw” czy „ambasad”. Fragment wyznaczony przez wspomniane cztery ulice byłby czymś w rodzaju specjalnej strefy kulturowej – jedynej takiej pomiędzy specjalnymi strefami ekonomicznymi. W odróżnieniu od Biennale, czy łódzkiego festiwalu „Dialogu Czterech Kultur”, miejsce to funkcjonowałoby cały czas i w żadnym stopniu nie byłoby podporządkowane jednej naczelnej idei. Czy to się może nie udać? Oczywiście, że tak, ale wydaje się, że znów jest duża szansa na „powtórzenie” czynników, które w zgodnej ocenie historyków przesądziły o nagłym rozwoju Łodzi przemysłowej. Wtedy, oprócz dogodnego położenia „przy trakcie z Włocławka do Piotrkowa” (które na szczęście się nie zmieniło), jeśli wierzyć Stanisławowi Staszicowi zdecydowało to, że „ położenie miejsca tego (…) znajduje się (…) pod obszernym i wyniosłem wzgórzem, z którego niezliczone trzyszczą źródła. Tych zbieg wód łatwo tak kierowany być może, iż prawie przy każdego fabrykanata mieszkaniu przebiegać mogą dla jego użytku strumienie.” Dziś, kiedy na wskroś nas niezliczone trzyszczą szerokopasmowe źródła informacji, każdy wie, że trud wspierania cywilizacji przejął od fabrykanta konsument. A jeśli urzeczywistnią się planowane inwestycje kolejowe i drogowe, to Łódź, wcześniej czy później, uzyska na nowo położenie w krajobrazie, przez który „zbieg” już nie wód, ale strumieni ludzkich łatwo tak kierowany być może, iż znajdą się chętni „fabrykanci”, by na zaproszenie Miasta postawić w nim swoje „mieszkanie”. Dlatego tak ważna jest dla całego projektu nowego centrum ścisła symbioza przedsięwzięć Miasta i Kolei. Dlatego też na inne znaczące elementy projektu, jak choćby budynek Specjalnej Strefy Sztuki, należy patrzeć jako na elementy napędzające te strumienie konsumentów. Ich podstawową funkcją musi być to, by były łatwo dostrzegalne dla każdego podróżującego ze wschodu na zachód lub traktem z Włocławka do Piotrkowa. Tylko wtedy każdy, wzorem Staszica, może nabrać przekonania, że „położenie miejsca tego jest szczególniejsze z wielu względów” i warto nadłożyć nieco drogi by je odwiedzić.

We współczesnym świecie coraz większą rolę mają kontakty nie międzypaństwowe, ale międzyregionalne, indywidualne, lokalne. Jeśli uwzględni się gwałtownie rosnącą rolę i rangę „dyplomacji kulturowej”, wcale nie jest takie pewne, gdzie za kilkadziesiąt lat będzie znajdowało się skupisko najważniejszych przedstawicielstw „zagranicznych” w Polsce. Projekt ten pozwoli też na realne prowadzenie przez Miasto własnej polityki. Trudno teraz przesądzać o procedurach i mechanizmach decydujących o tym, do kogo należy kierować propozycje osiedlenia się w nowym centrum Łodzi. Z pewnością naiwne byłoby przekonanie, że w magistracie objawi się czysty Rozum i reprezentującym go władzom należy pozostawić wyłączny wybór. To może być ważny obszar politycznego, ale też i kulturowego sporu, ujawniania się antagonistycznych struktur, jakie muszą funkcjonować i ścierać się w każdym żywym organizmie. Współudział w podejmowaniu takich decyzji może być jednym z istotnych obszarów funkcjonowania demokracji w ramach społeczności Miasta i – biorąc pod uwagę postęp technologiczny – obejmować wszystkich zainteresowanych mieszkańców. Można sobie wyobrazić, że potrzebna będzie jakaś Kommissyja i w tym aspekcie projekt nowego centrum jest również projektem politycznym i społecznym.

To, kogo Miasto zaprosi, powinno zależeć wyłącznie od niego. Kwestia trafnych wyborów, znalezienia najlepszych partnerów tego projektu wydaje się kwestią zasadniczą dla przyspieszenia, zdynamizowania rozwoju Łodzi. Równie dobrze mogą to być instytucje kultury, wybitne osobowości, wspólnoty religijne, grupy artystyczne i sportowe, teatry, wydawnictwa, przedstawicielstwa innych miast, targów itd. (oczywiście ograniczanie się wyłącznie do czterech historycznie istniejących w dawnej Łodzi kultur byłoby niepotrzebnym i jałowym puryzmem historycznym). Z pewnością nie uniknie się wyborów nietrafnych, błędnych, rozczarowujących, wymagających rewizji, ale rewitalizacja miasta nie może sprowadzać się jedynie do zabudowania wolnej przestrzeni, do przyspieszenia i zintensyfikowania procesów społecznych w tej przestrzeni. Można powątpiewać, czy tak marginalnie obecny w świecie dyplomacji kulturowej podmiot jak Łódź, jest w stanie w ogóle kogokolwiek pożądanego zaprosić. Cóż, pierwszy osadnik w nowej osadzie pojawił się w 1821 roku, ale po miesiącu wyniósł się gdzie indziej. Trzeba było czekać dwa lata, aż do czerwca 1823, na następnego chętnego. Dopiero w 1825 liczba mieszkańców wzrosła do 1004, wobec 767 w roku 1820. Nie wyglądało to dobrze, pomimo tak korzystnej lokalizacji. Trzy lata później w Łodzi mieszkało już 4273 ludzi. W odróżnieniu od państwa, Miasto nie musi od razu kierować swoich zabiegów w stronę światowych potęg. Nie musimy zabiegać o tak wysoce prestiżowe i artystyczne instalacje i dowody wzajemności, jak bateria rakiet Patriot w charakterze Tarczy chroniącej rynek Kobro. Można sobie równie dobrze wyobrazić, że na fali ożywionego właśnie za sprawą potęgi NBA mitu naszego Chłopaka z Bałut, gdzieś przy przyszłej ul. Polskiej (Łódzkiej) powstanie sportowe przedstawicielstwo równie zmitologizowanej warszawskiej Pragi, czy batiarów z Łyczakowa i Kleparowa. Istotny jest jedynie mechanizm budujący atrakcyjność wzajemnego nieoczekiwanego sąsiedztwa, barwności ulicy.

Za sprawą „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta Łódź zastygła w przyciasnej formie miasta z jedną, jedyną ulicą Piotrkowską. Nawet jeśli powstaną wszystkie możliwe obwodnice, drogi ekspresowe, skrzyżowania autostrad i połączenia szybkiej kolei Miasto się nie „odkorkuje”, nie ruszy z miejsca, jeśli nie wytyczy choćby czterech nowych ulic: Polskiej (Łódzkiej), Niemieckiej, Żydowskiej, Rosyskiej w taki sposób, by równie szybko się zmitologizowały.

Decydując się na realizację tego projektu Miasto – chyba jako pierwsze w Polsce – w symboliczny, ale zarazem jedyny możliwy i sensowny sposób, rozwiązałoby kwestie zwrotu utraconej własności. Zyskując za to (przy uważnym i trafnym doborze zapraszanych partnerów) z czasem unikalny kwartał rozwijający się „ jak gdyby nic się nie wydarzyło” – wbrew historycznym zaszłościom. Zamiast kolejnego, mniej lub bardziej martwego pomnika, Łódź wybudowałaby sobie spory fragment „alternatywnej – lepszej historii”, do której każdy w każdej chwili (całodobowo – to jedyny naturalny sposób korzystania z kultury) mógłby wejść i zobaczyć na własne oczy. A nawet wziąć w niej udział.

KRZYSZTOF CICHOŃ

Podziel się
 


EC1 DZIENNIK KOLEJOWY

KWIECIEŃ-MAJ 2010
NUMER 211



LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
NUMER 291