*/ ?>
KOLEJOWY.
  • Polish (Poland)
  • English (United Kingdom)
Szczęśliwe miasto dumne ze sztuki

Gerhard Jürgen Blum Kwiatkowski pokazuje, jak sztuka zmienia miasto.

Krzysztof Cichoń: Pamiętasz, kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Łodzi?

Gerhard Jürgen Blum Kwiatkowski*: Dokładnie nie, to było chyba jeszcze w latach 40. albo na początku 50.

A pamiętasz dlaczego ?

Tak, przyjechałem zobaczyć Muzeum Sztuki. Wtedy taka podróż z Elbląga to była cała wyprawa, trwało to czasem kilka dni, trzeba było sobie przygotować prowiant…

To znaczy co?

Kartofle. Nie wiesz, jaką cudowną rzeczą może być ugotowany kartofel.

Czym podróżowałeś z tym prowiantem?

Pociągami oczywiście, czasem w towarowych wagonach.

Jechałeś z północy, więc pewnie wysiadłeś na dworcu Łódź Kaliska…

Tego już nie pamiętam.

A pamiętasz, co najbardziej Ci się wtedy podobało?

Wtedy – Jankiel Adler. To przykład, że jednak gusta się zmieniają. Zresztą cała kolekcja robiła wtedy na mnie ogromne wrażenie. To było coś wyjątkowego, czego nie można było zobaczyć gdzie indziej. W każdej sali potrafiłem siedzieć godzinami.

Sądzisz, że teraz, w 2009 roku nadal może się zdarzyć, że ktoś podróżuje do Łodzi, by zobaczyć coś w muzeum?

Oczywiście, że tak.

Podobno do Łodzi warto przyjechać, bo są tu wspaniałe targowiska i centra handlowe.

Jedno drugiemu nie wadzi. Centra targowe są wszędzie, a ludzie wcześniej czy później zaczynają w swoim życiu szukać czegoś wyjątkowego, to ich różni od mrówek.

Masz jakieś zdanie na temat projektu Nowego Centrum w okolicy dworca Łódź Fabryczna?

Nie znam wszystkich szczegółów, ale to co widziałem – projekt budynku dla Specjalnej Strefy Sztuki – jest doskonały. To jest proste i czyste.

Trochę przypomina to co sam robisz. Twoje instalacje od lat robione z identycznych kostek-sześcianów są równie enigmatyczne. Trudno zrozumieć, jaką opowiadają historię, co znaczą.

Nic. Nic nie znaczą, nie opowiadają żadnej historii. Zobacz: żyjesz w świecie, w którym nieustannie ktoś albo coś do ciebie gada, opowiada, przeżywa, namawia, brzęczy ci nad uchem. Sztuka powinna być od wszystkiego odcięta, powinna stwarzać temu, kto się jej przygląda szansę, by usłyszał nie kolejną fantastyczną historię, ale siebie. Może on też ma coś do powiedzenia. Podobnie z budynkami, które mają służyć sztuce. Moim zdaniem nie mogą być rozgadane, skupiać na sobie całej uwagi.

To będą nieatrakcyjne. Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że po prostu są nudne…

Nigdy tego, co robię, nie robiłem dla idiotów i wam też tak radzę. Ludzie, którzy nie potrafią przez chwilę wytrzymać sami ze sobą, są bardzo biedni.

Łódź to podobno miasto biednych ludzi.

Nie zmieni się tego tworząc iluzje, ściągając kolejne atrakcje, używając sztuczek. To trzeba robić bez wyobraźni.

Bez wyobraźni?!
Tak, bez wyobraźni. Jeśli kieruję się wyobraźnią i życzę sobie czegoś, to mogę później być rozczarowany, bo moja wyobraźnia nie sięga nawet tego, co zdarzy się za parę minut. Nauczyłem się żyć bez strachu i bez nadziei. To życie mnie pchało czasem w tę, czasem w tamtą stronę i nie chciałbym stracić ani sekundy z tego, co przeżyłem. Zresztą, kiedyś już nie żyłem. Miałem wypadek samochodowy i przez chwilę nie żyłem. To co piszą w różnych „Życiach po życiu” to bzdury. Kiedy się naprawdę umiera, to jest tylko odczuwalność istnienia. Nie ma żadnego odczuwania koloru, tunelu, czegokolwiek, co jest materialne. To jest nawet nie uczucie, to jest jakaś wyższa świadomość, która jest pewnością pozostania w tym stanie. Dużo miałem takich przeżyć, które wciąż na nowo dają mi możliwości wyprzedzania tego, co mi się narzuca. Szkoła, dom, wszyscy mi coś narzucali, kazali mi myśleć tak, a nie inaczej. Na przykład Hitler powiedział: trawa jest zielona – malujcie na zielono, niebo niebieskie – malujcie niebieskie, dachy są czerwone, kto będzie malował nie czerwone, uprawia zwyrodniałą sztukę. Wyobrażenia własne i cudze ciągle ograniczają, trzeba kierować się tym, co dyktuje Niewyobrażalność.

Wyobraźnia podpowiada, że „bez wyobraźni” to są np. urzędnicy i politycy, w przeciwieństwie do obdarzonych fascynującą wyobraźnią „artystów”.

Guzik prawda. Zawsze mówię do burmistrza w Hünfeld: pan jest większym artystą niż ja. Bo pan ma do dyspozycji wielu ludzi. Gdyby pan na nich grał, stworzyłby pan harmonijną orkiestrę, która służyłaby wszystkim. Ale jak pan chce decydować za wszystkich, to będzie tylko dysharmonia. Nie korzysta pan ze wszystkich dźwięków. Są inne możliwości rządzenia bez rządzenia. Trzeba ludziom dać możliwości i zaufanie...

Gdyby „burmistrz Łodzi” był artystą, tramwaje kosztowałyby cztery razy drożej.

Już wiesz, ile by kosztowały? Może wcale by nie kosztowały, jeździlibyście za darmo?

Przepraszam, tytuł zobowiązuje, chyba nie wypada o tramwajach w „Dzienniku Kolejowym”, a tym bardziej o „za darmo”. Poprzestańmy na tym, że niestety, burmistrzowie mają kiepskie wykształcenie muzyczne. À propos „za darmo”: czy sztuka podlega prawom rynku?

Nie wiem, co to jest rynek. Ja jestem poza rynkiem. Dlatego nie spotkasz moich prac w spekulujących sztuką galeriach, tylko tam, gdzie ludzie chcą wykorzystać twórczą energię dla prowadzenia dialogu.

No to zapraszamy na rynek Kobro za kilka lat. Wracając do projektu budynku dla Specjalnej Strefy Sztuki powiedzą, że popierasz swoich, w końcu to niemiecki zespół wygrał konkurs.

Przepraszam, moja rodzina mieszkająca w Prusach zawsze posługiwała się dwoma nazwiskami Blum i Kwiatkowski. Kiedy do władzy doszli naziści, zabronili tego i zostało Blum. Po wojnie wróciłem po prostu do pierwotnego brzmienia, a nie, jak wielu sądzi, zostałem kimś innym. Zawsze byłem pomiędzy i zawsze robiłem swoje. Czy w Elblągu, czy po 1974 r. w Niemczech. W Polsce zrobiono ze mnie uciekiniera zdrajcę, w Niemczech długo patrzono jak na przybyłego ze wschodu komunistę. Narodowość nic nie znaczy w sztuce. W przypadku tego projektu wystarczy popatrzeć na pozostałe projekty.

W sumie nam też się podoba, tylko trochę nas martwi, że taki duży, 250 metrów długości, siedem pięter. Trudno sobie wyobrazić, po co coś takiego w Łodzi...

A czy myślisz, że ktoś mógł sobie wyobrazić na początku lat 60. w zrujnowanym Elblągu, po co robić wystawy sztuki współczesnej na terenie całego miasta? Zapytaj teraz, co działo się w 70-tysięcznym Elblągu na początku lat 60. Zawsze zaczyna się od wymienienia Biennale Form Przestrzennych. Okazuje się, że to było pierwsze przedsięwzięcie na taką skalę w Europie. Dopiero po Elblągu powtórzono to w duńskim Aalborg. Proponowano mi wtedy, żebym został na Zachodzie, mogłem wykładać w duńskiej Akademii Sztuk, ale nie chciałem. Trzeba robić swoje tam, gdzie się zaczęło. Podobnie w Hünfeld. To szczęśliwe miasto, były tam wielkie zakłady koncernu Wella, nie było bezrobocia, były pola golfowe. Nikt nie tęsknił za Museum of Modern Art, dopóki go nie założyłem. Jeśli mieszkańcy Hünfeld są teraz z czegoś dumni, to nie z powodu pól golfowych, ale tego muzeum i z tego, że mieszkał tam Konrad Zuse, jeden z twórców komputera. No i to jedyne miasto w Niemczech, gdzie nie ma sprayowców.

Władze Łodzi chętnie by kupiły od Ciebie licencje, bo co chwila radośnie zamalowuje się to, co pojawia się na murach.

O, wiele miast w Niemczech chciało dostać zgodę na skopiowanie tego pomysłu, chcieli płacić…

I?

Tego, na czym mi zależy, nie robię dla pieniędzy. W Hünfeld mam pewność, że to, co nazywa się Stadt-Offenes Buch, czyli Miasto-Otwarta Księga, jest nadal rzetelnie robione.

Na czym dokładnie polega ten projekt?

To proste. Za każdym razem uzyskuję zgodę właściciela budynku, a potem umieszczamy na nim fragment z poezji czy motta z pism artystów. W różnych językach. Na początku ludzie byli nieufni. Po co na własnej ścianie umieszczać cytat z Malewicza. Teraz jest kolejka chętnych. Hünfeld można zwiedzać z mapką w ręku szlakiem cytatów.

Ile ich jest?

Około 140. Jest to cały czas kontynuowane, mam już kilka projektów i będziemy to uzupełniać.

Ale w jaki sposób to powstrzymuje sprayowców?

Jak widzą, ze ktoś coś już zrobił, to jednak potrafią to uszanować.

Nie wierzę, że sztuka zmienia…

Nigdy nie bałem się konfrontacji. Zawsze jak coś robisz, znajdą się tacy, którzy szukają zaczepki. Potrafiłem z nimi rozmawiać. Kilkakrotnie zdarzyło się, że potem słyszałem od ich rodziców: co ty im naopowiadałeś, wrócił z taką nabitą głową.

Czy Łódź ma szanse na uzyskanie Twojej zgody, by powtórzyć pomysł na Miasto-Otwartą Księgę?

Kiedy planujemy realizację tak dużego przedsięwzięcia jak Specjalna Strefa Sztuki, to oczywiście będziemy ten pomysł całą siłą propagować i z pewnością ma on duże szanse powodzenia w Łodzi. Rozmawiałem z wieloma artystami i wszyscy chętnie dadzą swoje teksty, zarówno twórcy polscy, jak i europejscy.

W odróżnieniu od Twoich prac, które nic nie mówią, Twój życiorys mówi bardzo wiele. Skoro sztuka ma być okazją do spotykania z innymi, to nie unikniemy przepytania Cię po raz kolejny o to, co jest treścią Twojego życia. Wspominałeś już o wyjeździe do Niemiec w 1974. Możesz powiedzieć, dlaczego wyjechałeś, skoro udało Ci się stworzyć w Elblągu doskonale funkcjonująca galerię El, robiącą ważne biennale, a nawet, jak mówią, odgruzować Elbląg…

Z tym odgruzowaniem to było tak. Kiedyś przyjechał Ochab, Stare Miasto było w ruinach. Nie za bardzo mu się spodobała sztuka współczesna wśród ruin. Potem dzwonili do mnie z Komitetu Miejskiego, żeby dowiedzieć się, o czym rozmawialiśmy. Zażartowałem, że Ochab powiedział, że musi posłać do Elbląga Józka Cyrankiewicza, żeby zrobił porządek. Zmobilizowano wszystkie zakłady pracy. W niedziele dwa tysiące ludzi odgruzowywało miasto i zasialiśmy trawę.

Kiedyś było jednak prościej. A wyjazd?

To prywatna historia. Moja żona mieszkała wtedy w Niemczech. Mój syn był śmiertelnie chory, dostałem telegram i przyjechałem. W drodze powrotnej miałem wypadek samochodowy, o którym już wspominałem. Zanim wyszedłem ze szpitala, zwolniono mnie z pracy w Elblągu. Zrobiono na mnie małą nagonkę, pisali, że uważają mnie za szpiega. Po co miałem tam wracać? Potem stwierdziłem, że na Zachodzie nie znają żadnych Polaków. Pomyślałem: no to wam pokażę szpiega. Będę robił wszystko, żeby polska sztuka zaczęła tu istnieć. Po wyjściu ze szpitala zamieszkałem u brata, ale nie czułem się tam dobrze. Poprosiłem go, żeby pożyczył mi namiot, bo chcę sobie gdzieś pójść.

Gdzie?

Tak po prostu sobie szedłem.

Aż doszedłeś do ruin klasztoru w Cornbergu?

Tak. Po trzech dniach przyjechała policja, zawiadomiona, że ktoś rozbił namiot w ruinach. Powiedzieli, że mogę tam zostać, ale musze mieć zgodę. To napisałem podanie do burmistrza, który je poparł.

Czyli powtórzyła się historia z Elbląga, bo w 1961 r., kiedy powstawała galeria El, napisałeś podanie do Miejskiej Rady Narodowej prosząc o zgodę na użytkowanie w zamian za opiekę nad ruinami kościoła podominikańskiego.

Tak.

Pierwszą zimę w Cornbergu spędziłeś w namiocie?

Tak. Nawpychałem tam zmiętych gazet, miałem piecyk. Potem było łatwiej, przyjechała telewizja, zrobili reportaż, rozniosło się, że jest tam jakiś wariat, który chce zajmować się sztuką.

Ile od tego czasu założyłeś stacji sztuki?

Cornberg, Schloss Rittershain, Fulda, Bad Salzschlirf, Bad Heresfeld, Eschwege i Kleinsassen i Hünfeld. A w Polsce działała stacja w Świeradowie-Zdroju. No i oczywiście przede wszystkim Museum Modern Art w Hünfeld.

Jak duży jest zespół Twoich współpracowników?

Do dziś wszystko robię sam, tylko na trzy godziny przychodzi do Muzeum pani, która pilnuje. Jestem jednoosobową instytucją.

Jak Cię odbierają ludzie w Hünfeld?

Teraz jestem autorytetem.

No, ale nie było tak od razu.

Jasne, przyjechałem jako nikt.

Jako były „nikt” masz może jakieś rady dla chcących zbudować Nowe Centrum w Łodzi wokół Specjalnej Strefy Sztuki?

Każdy sam odpowiada za to, co robi. Sztuka nie ma prawa nawracać, nie ma prawa wskazywać, nie ma prawa do absolutnie niczego. Ona musi zaistnieć, samo zaistnienie jest właśnie wartością. Kto się z nią styka, to jest jego sprawa. Podobnie jak to, czy to spotkanie cokolwiek w nim zmieni. To jest dopiero swoboda i wolność. Cała reszta, która jest nakazem, nie ma nic wspólnego z wolnością. Łódź może być doskonałym miejscem dla zestawienia razem wielu twórców, wtedy można widzieć świat na wiele sposobów. To miasto leżące w międzyprzestrzeni, ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Prawda też nie leży cała z lewej czy z prawej, nie ma jej tylko w prowokacji czy w reakcji. Ona zawsze jest pomiędzy, w międzyprzestrzeniach.

Od początku było to miasto istniejące i rozwijające się, by produkować i służyć reszcie świata. Dziś mieszka w nim 740 tys. ludzi, dla których nigdy nic nie było od początku projektowane. Jakby nie było żadnego powodu zgromadzenia ich w tym miejscu. To chcemy zmienić. Nie chcemy ciągle dojeżdżać, bo prawdziwe życie jest gdzie indziej.

Trzeba pamiętać, że takie przedsięwzięcia wymagają dobrych pomysłów, inaczej nikt nie zwróci na to uwagi. Podobnie było w Elblągu. Na początku nie myśli się, co z tego wyniknie. Po prostu coś robisz. Koledzy, którzy widzieli, że naprawiam dach zrujnowanego kościoła dominikanów, powiedzieli: pomożemy ci. Kiedy coś zacząłeś robić, to następnego dnia po prostu rób to dalej.

Bardzo nam się to podoba, bo projekt przebudowy otoczenia dworca Łódź Fabryczna, powstaje w podobny sposób. Stąd brak gotowej odpowiedzi na pytania: jakie to będzie…

Kiedy stopniowo wyremontowaliśmy kościół, trzeba było zrobić pierwszą wystawę. Ale jak? W pomieszczeniu bez światła, bez szyb w oknach? Wiedziałem, że trzeba zrobić duży numer. Więc kolega Kwiatkowski wyszukał adresy wszystkich działających w Polsce ambasad. Wysłaliśmy do nich piękne pismo, że otwiera się pierwsza w Polsce awangardowa galeria w kościele. Lokalni notable, którzy w ogóle się tym nie interesowali, kiedy milicja podniosła alarm, że przyjadą wozy korpusu dyplomatycznego, nagle wszyscy się pojawili. Jeden z ambasadorów zapytał, dlaczego nie ma dachu, powiedziałem, że to uzależnione jest od „bogów”. Zostałem wezwany do komitetu wojewódzkiego, okazało się, że „bogowie” zrozumieli. Wszystko nagle ruszyło, przyszedł szklarz, żeby oszklić zabite deskami okna, przerzucono z Zamechu prąd. To była heca! Nigdy nie był to dla mnie powód do stękania i narzekania, zawsze bawiło mnie wymyślanie, jak ich prowokować. Robiliśmy różne draki. Kiedyś nie chciano się zgodzić na kolejną awangardową wystawę, powiedziałem, że towarzysze radzieccy popierają postępową sztukę i zaprosiłem na nią radzieckiego konsula. No, może nie do końca informując, co będzie na wystawie. Oczywiście razem z konsulem pojawili się wszyscy lokalni kacykowie, ale się nacięli. Konsul, który myślał, że zwiedzi wystawę pokazującą jedność świata ludzi pracy i sztuki, zobaczył, że to sama abstrakcja. Zaklął po rosyjsku, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Podobno nieźle ich obsobaczył, ale ja wystawę zrobiłem. Sztuka postępowa okazała się sztuką podstępu. Kiedyś ignorancja była tak wielka, że musiałeś prowokować, inaczej nikt by cię nie zauważył.

Myślisz , że coś się zmieniło?

Zmieniło się to, że teraz trzeba to robić dużo inteligentniej, subtelniej, w sposób bardzo wysublimowany.


Rozmawiał Krzysztof Cichoń

*Gerhard Jürgen Blum Kwiatkowski
urodził się w 1930 r. w Faulen (Ulnowo) w Prusach Wschodnich. W 1945 zabrany przez Rosjan jako pastuch do pędzenia zdobycznego bydła po trzech miesiącach konno uciekł spod Leningradu. Po wojnie zamieszkał w Elblągu. Inicjator powstania w 1962 r. jednego z najważniejszych miejsc dla polskiej sztuki powojennej – Galerii El – Laboratorium Sztuki, którą kierował do 1973. Od 1965 r. był pomysłodawcą i jednym z głównych organizatorów elbląskich Biennale Form Przestrzennych. Mieszka w Hünfeld. W 1985 r. zainicjował powstanie Wolnej Akademii Sztuki, która istnieje do dzisiaj i przyjmuje studentów bez względu na wiek i wykształcenie. W 1990 r. założył Museum of Modern Art udostępniając swoje bogate zbiory sztuki w budynkach dawnej gazowni miejskiej. W ogromnej mierze przyczynił się do spopularyzowania dokonań polskich artystów na Zachodzie. W 2002 r. otrzymał w Łodzi nagrodę im. Katarzyny Kobro. Sam o sobie mówi „jestem uczniem Stażewskiego, a jemu chodziło przecież o uniwersalne piękno”. Człowiek konsekwentnie żyjący na krawędzi. Czas spędza głównie w swoim słynnym czerwonym busie. Nadal dla zorganizowania wystawy sztuki potrafi jednego dnia przejechać z Hesji do Madrytu i z powrotem. Bezkompromisowy zwolennik tezy, że sztuka jest rodzajem duchowości, a nie produkowaniem przedmiotów. Konsekwentnie rozwija koncepcję sztuki inteligibilnej, odwołującej się bezpośrednio do pierwiastków rozumowych, poza i ponad słowami

Podziel się
 


EC1 DZIENNIK KOLEJOWY

KWIECIEŃ-MAJ 2010
NUMER 211



LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2009
NUMER 291